Chłopiec robi bańki mydlane

Coraz więcej osób patrzy krytycznym wzrokiem na tradycyjny model nauczania dzieci w szkołach. Wytyka się jego braki i negatywny wpływ na rozwój młodych ludzi. Poszukując lepszych rozwiązań część rodziców decyduje się na homeschooling (nauczanie w domu), inni zaś marzą o jego bardziej „wolnej” formie, czyli unschoolingu.

W zakorzenionym przekonaniu społecznym – szkoła jest miarą wartości człowieka. Przyjmuje się, że im większą ma renomę i więcej zajęć dodatkowych, tym lepszą będzie przepustką do dobrej pracy, dobrobytu i szacunku. Innymi słowy, posiadanie „szkoły” jest konieczne, jeśli chce się być „kimś”. 
 
Wyobraźmy sobie teraz sytuację, gdy dziecko nie pójdzie do żadnej szkoły – przynajmniej w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Już słyszę te głosy oburzenia – „Bo jak to tak, żeby do szkoły nie posłać dziecka? Przecież to zaniedbanie i patologia. Dziecko do szkoły chodzić musi, bo będzie bezrobotnym analfabetą” – Jesteście pewni? Rośnie liczba głosów mówiących o tym, że tradycyjny polski (i nie tylko) model kształcenia, przynosi dziecku więcej szkody, niż pożytku. Ku zgrozie tradycjonalistów, popularność zaczynają zdobywać alternatywne metody nauczania. Rodzice dostrzegają, że edukacja domowa (homeschooling) daje świetne efekty – ich dzieci uczą się szybciej, potrafią myśleć samodzielnie i rozwiązywać problemy, specjalizują się w konkretnych rzeczach (zamiast uczyć się wszystkiego i w efekcie nic nie umieć), bez wtłoczenia w sztywne ramy planu lekcji i przeciążonych programów – idą własnym rytmem, doskonale się rozwijając.

Homeschooling 

Dlaczego właściwie państwo zmusza mnie do tego, żebym powierzył mu wychowanie mojego dziecka?” – zapytał pewnego dnia mój mąż – wspomina Natalia Budzyńska w artykule Domowa alternatywa, dodając również – Z przerażeniem skonstatowałam, że czas spędzony przez moje dziecko w szkole jest nieproporcjonalny w stosunku do wiadomości, jakie z niej wynosi. To nie jest wina nauczyciela: kiedy w klasie jest ponad 20 dzieci, nauczyciel nie ma po prostu możliwości traktować ich według ich potrzeb i zdolności. Szkoła jest dla średniaków – bardziej zdolni się nudzą, a słabsi uczniowie stresują. […] Problemem dla wielu rodziców jest jednak to, czego tak naprawdę szkoła, jako społeczność uczy. Egoizmu, kombinowania, poniżania, cynizmu, kłamstwa i przemocy. Nieliczni nauczyciele, wspaniali pedagodzy, nie są w stanie niczego zmienić” [1].   
 
Polskie prawo nakłada na rodziców obowiązek dopilnowania tego, aby ich dzieci uczęszczały do szkoły. Tym samym nie można dziecka po prostu ze szkoły zabrać. Jak wyjaśnia Marianna Kłosińska - „W Polsce jesteśmy ustawowo zobligowani do realizacji obowiązku szkolnego. Każde dziecko musi przejść określoną ilość szczebli w edukacji. Nie zapisując dziecka do szkoły łamiemy prawo. Dzieci uczące się w domu, jednak nie łamią tego prawa, ponieważ są zapisane do szkoły, która bierze na siebie obowiązek ich egzaminowania. W praktyce wygląda to tak, że uczniowie przyjeżdżają do szkoły, która sprawuje nad nimi piecze, raz – dwa razy do roku. Zadają wówczas egzaminy sprawdzające czy opanowały obowiązkową podstawę programową, przewidzianą dla danego etapu edukacji” [2]. Dziecko musi również uzyskać pozytywną opinię z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. 
 
Jeśli dopełni się wszystkich formalności, Kuratorium przestaje interesować jak i kiedy będzie przebiegała nauka, obowiązuje jednak opanowanie podstawy programowej, przewidzianej na dany poziom nauczania (klasę). Rodzice mogą uczyć dziecko zgodnie w własnym pomysłem, zapewniać pracę nad projektami, zajęcia dodatkowe zgodne z jego preferencjami, wycieczki, wyznaczać godziny nauki i jej ilość itp. – jednak nie mogą zapomnieć o tym, że ma ono przyswoić odgórnie narzucony pakiet informacji i go zaliczyć w szkole „opiekunie”.

Zerwać nić – unschooling

Sposobem nauczania, który nie ma żadnego związku z tradycyjną edukacją w szkole jest unschooling. Niektórzy posuwają się nawet do stwierdzenie, że nie jest to typowa metoda, lecz raczej rodzaj stylu/filozofii życia.
 
Unschooling nie jest metodą, to sposób patrzenia na dzieci i na życie. – Podkreśla Earl Stevens w artykule "What is Unschooling?" – Jest on oparty na zaufaniu, że rodzice i dzieci znajdą ścieżki, które będą dla ich najlepsze – bez zależności od instytucji edukacyjnych, firm wydawniczych, a także ekspertów, którzy powiedzą im, co mają robić” [3] . 
 
Powszechnie uważa się, że ojcem unschoolingu jest John Holt (1923-1985) – amerykański pisarz, nauczyciel i wykładowca, jeden z najbardziej znanych propagatorów nauczania domowego (homeschooling). W książce "Zamiast edukacji", wydanej w 1976 roku, po raz pierwszy wezwał do stworzenia dzieciom warunków do uniknięcia systemu przymusowego szkolnictwa. W 1977 roku założył ukazujący się do 2001 roku biuletyn "Growing Without Schooling" (Wzrastanie bez szkoły), pozwalający na wymianę doświadczeń rodzicom uczącym swoje dzieci w domu, poza oficjalnym systemem edukacji. Jedną z najbardziej znanych jego wypowiedzi jest stwierdzenie – „Uczenie się nie jest efektem nauczania. Uczenie się jest efektem działania podejmowanego przez tego, który się uczy”. W jego przekonaniu dzieci nie trzeba zmuszać do nauki, gdyż one chcą się uczyć i będą to robić, mając ku temu odpowiednie warunki.
 
Unschooling jest trudny do zdefiniowania, ponieważ nie ma schematu/programu, nie ma dwóch takich samych rodzin, postępujących w ten sam sposób. Ogólnie można powiedzieć, że to forma edukacji domowej, w której uczenie się opiera się na zainteresowaniach, potrzebach i celach wyznaczonych przez dziecko. 

Dziewczynka pisze w zeszycieZdarza się, że homeschooling jest utożsamiany z unschoolingiem –  jednak pierwszy termin w wielu przypadkach zakłada odtworzenie szkoły w warunkach domowych, w unschoolingu zaś obowiązuje całkowita wolność edukacyjna. Unschoolersi nie przestrzegają harmonogramów jakichkolwiek zajęć. Zważywszy na konieczność realizacji podstawy programowej – pod znakiem zapytania stoi możliwość zastosowania tej formy edukacji w warunkach polskich.

Dzieci spontanicznie decydują, czego chcą się uczyć. Jeśli chcą spędzić cały dzień oglądając rośliny, wyruszają z rodzicami np. do ogrodu botanicznego. Jeśli zainteresują się wozem policyjnym, rodzice starają się zorganizować wycieczkę na komisariat. Nad konieczność nauki określonych rzeczy, stawia się wyrobienie umiejętności uczenia się, wychodząc z założenia, że jeśli dziecko ją nabędzie, poradzi sobie w każdych warunkach. 

Nie ma tu nauczycieli w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, nie ma narzuconego programu nauczania, nie ma przymusu nauczenia się czegokolwiek. To dziecko kierowane ciekawością odkrywania świata, pogłębia swoje pasje, decyduje jak i czego chce się uczyć (nie wyklucza to pójścia na kurs, który mu się spodoba, poszukania korepetytora – jednak to jego własny wybór, motywowany tylko i wyłącznie chęcią zgłębienia jakiegoś zagadnienia). Wszystko przebiega naturalnie, bez przymusu. Zasadniczo funkcjonuje tu pogląd, że wrodzona ciekawość stanie się motorem rozwoju dziecka, będzie go motywowała do nauki tego, co mu się przyda w życiu, z czym kiedyś zwiąże swoją przyszłość. 
 
Warto tu zacytować słowa Katarzyny Meyer wskazującej, jak owocnie dziecko zdobywa wiedzę przy okazji zaspokajania własnej ciekawości i potrzeb – „Dziecko pracujące z własnego impulsu nie czyta po to, aby nauczyć się czytania, lecz aby przeczytać interesujący go napis czy komiks. Dziecko nie pisze, aby nauczyć się pisania, lecz aby napisać babci o swoim nowym króliku. Dziecko nie szyje, aby nauczyć się szycia (może się przyda w przyszłości?), lecz po to, aby uszyć poduszkę dla ulubionej lalki. Dziecko nie liczy, aby nauczyć się arytmetyki, lecz aby dowiedzieć się, ile potrzebuje kieszonkowego do kupienia upragnionej zabawki” [4].
 
Każde dziecko jest inne – tym samym tradycyjna szkoła wyrządza krzywdę, wtłaczając je wszystkie w ten sam schemat nauczania. W przeciwieństwie do niej, homschooling kładzie nacisk na indywidualizm, wolność wyboru i rozwijanie talentów.
 
Pojawiają się głosy, że wadą unschoolingu jest to, że dziecko uczy się jedynie tego, czego samo chce. Może więc dojść do sytuacji, że specjalizując się w wybranych dziedzinach nie będzie chciało zgłębiać np. matematyki i nie poradzi sobie z prostymi obliczeniami. Zważywszy na to, że co roku tysiące dzieci opuszczają mury szkół i nie dość, że nie mają żadnej „pasji”, w której są świetni, to i z podstawową wiedzą bywają problemy. Tym samym rodzi się pytanie – Kto jest w lepszej sytuacji? – Dziecko pasjonujące się biologią, ale nie znające się np. na geografii, czy takie, które nie miało kiedy i jak określić swoich zainteresowań, a teraz kończy szkołę z nijaką wiedzą, potrafiąc „wszystko i nic”.

Rola rodziców

W przypadku unschoolingu rodzice muszą wykazywać się m.in. ogromnymi pokładami cierpliwości, otwartością na potrzeby dziecka i rezygnacją ze swoich egoistycznych zapatrywań na jego przyszłość. Muszą mieć taką sytuacje finansową/zawodową, która umożliwi im spędzanie z dzieckiem czasu. Rodzic staje się przewodnikiem, musi więc towarzyszyć i wspierać – jeśli pracuje 10 godzin dziennie, nie ma takiej możliwości. Jeśli kogoś zabawa z dzieckiem męczy czy nudzi, nie powinien również się decydować na unschooling, bo ta forma edukacji wymaga bycia z dzieckiem. 
 
 

Czytaj dalej:

Unschooling i jego zalety cz.2
Unschooling w praktyce cz.3

 


 

1) Natalia Budzyńska, Domowa alternatywa, http://www.edukacjadomowa.piasta.pl/alternatywa.html
2) Joanna Wilgucka, Edukacja domowa w praktyce, http://miastodzieci.pl/dla_rodzicow/70:/2235:edukacja-domowa-w-praktyce 
3) Earl Stevens, What is Unschooling? http://www.naturalchild.org/guest/earl_stevens.html
4) Katarzyna Meyer, Uczyć się? Chętnie! http://www.edukacjadomowa.piasta.pl/meyer3.html
Bibliografia do artykułu