Złość

Złość, jaka jest – każdy widzi. Pojawia się w nas z różną częstotliwością i mocą. Czasem są to drobne, niegroźne „nerwy”, a czasem rozkręca się ona aż do furii. Furii, do której lepiej, żeby dla własnego dobra nikt się nie zbliżał.

Nie będę rozpisywała się o znaczeniu i roli emocji w naszym życiu. Emocje były, są i będą i to, że ich potrzebujemy nie podlega dyskusji. A do czego? A do tego, żeby wiedzieć, czego potrzebujemy. (Chcesz o tym więcej poczytać? Zapraszam tutaj: Emocje, ach emocje! Potrzeby, ach potrzeby!) Oczywiście w teorii brzmi to banalnie. POTRZEBY rodzą EMOCJE i jedyne, co musisz człowieku odkryć w sobie to, to czego Ty właściwie chcesz i oczekujesz od życia. Dla uspokojenia dodam, że czasami odpowiedzi na to filozoficzne pytanie szuka się długo. Nawet bardzo długo. Niektórym potrzeba miesięcy i lat, żeby wiedzieć, czego chcą.

Złość? Czy może to tylko przykrywka?

A jak do tego wszystkiego dodać złość, to już w ogóle sprawa zaczyna się komplikować jeszcze bardziej. Niestety złość czasem jest tylko złością, a czasem – przykrywką dla innych emocji. Co to oznacza w praktyce? Oznacza to, że zamiast czuć np. bezradność, bezsilność, czy smutek, na pierwszy plan wysuwa się złość. I nie trzeba daleko szukać, bo przykłady można mnożyć w nieskończoność. Rodzic zdenerwowany na latorośl (w sklepie) z dużym prawdopodobieństwem nie ma już pomysłów, jak poradzić sobie z domagającym się lizaka dzieckiem. Jest w nim bezradność? Oczywiście. Co odpowie rodzic, gdy go spytamy: "Co teraz czujesz?" Odpowie: "Jestem wściekły". I to jest jak najbardziej w porządku. Absolutnie niech nikt z Was nie czuje się w tej chwili przyparty do muru i przyłapany na robieniu czegoś złego. Powiedziałabym wręcz, że normalne jest to, że łatwiej się nam przyznać do złości, aniżeli do bezsilności czy smutku.

 

8razyO

 

Co jeszcze jest trudnego w złości? A to, że niektórzy z nas mają w głowach taką szufladkę pt: „Mity i przekonania mojego życia”. I w tej szufladce znajdują się zdania takie, jak: „Złość piękności szkodzi”, „Nie wolno złościć się na mamusię”, itp. Złość nie wiedzieć czemu nie zyskała zbyt wielu zwolenników w naszej cywilizowanej kulturze i niestety od narodzin słyszymy o niej różne, dziwne rzeczy. Szkoda, bo jak nam się przez lata nazbiera tej złości i jak nie damy jej możliwości opuszczenia nas, to zwyczajnie albo w pewnym momencie życia po prostu wybuchniemy i co gorsza, nikt nie będzie wiedział, o co nam chodzi – albo zaczniemy chorować, bo coś się musi dziać z energią, którą złość w nas tworzy. A jak nie ma gdzie ujść, to niszczy nas od środka. Oczywiście zawsze można spróbować stać się mnichem buddyjskim i nauczyć się nieodczuwania złości. No tak, jest to jakieś rozwiązanie, ale ile lat trzeba by poświęcić na to, żeby móc ją wyciszyć w sobie.

Czujesz złość? Wyprowadź ją na spacer

Dlatego proponuję zrobić coś bardziej namacalnego i realnego. Zaprosić swoją złość na spacer. Tak, na spacer! Mówię serio! Ci, którzy biegają wiedzą, o czym mówię. Stosowałam to na własnej skórze, niestety podczas biegu moja złość nie była w stanie mnie dogonić. A po co miałaby to robić? A po to, żebyśmy mogły spokojnie porozmawiać i wspólnie zastanowić się, o co nam chodzi. I spacer jest do tego idealnym miejscem. Spaceruj tak długo, aż złość minie. A po co? A po to, żeby nie powiedzieć za dużo, nie nakrzyczeć za głośno i nie zranić zbyt mocno innych, a przy okazji siebie. Nie każdy jest mistrzem opanowania nerwów i stosowania asertywnego wyrażania złości. Zresztą trudno być w tym championem, kiedy kipi nam z uszu, a ciało najchętniej by eksplodowało. Wtedy naprawdę dużo lepszym wyjściem jest zamknąć drzwi lub nawet nimi trzasnąć po to, by wyjść i pobyć ze sobą, aniżeli mówić to, co nam ślina na język przyniesie. A sami zapewne wiecie, że w chwili zdenerwowania ostatecznego przynosi same (uwaga: ironia!) cudowne, pełne miłości wyrażenia. Dlatego zaproś swoją złość na spacer. Tam co najwyżej kilka liści dostanie z liścia, a jakiś kasztan oddali się od drzewa, z którego właśnie spadł. Tyle i tylko tyle!