Bieganie

Żyjemy w ciągłym pośpiechu: nie ma czasu, nie dziś, później – powtarzamy kilka razy dziennie. Życie przecieka nam przez palce, bo nie mamy kiedy się nim tak naprawdę cieszyć, docenić jego wartości. O tym, dlaczego warto zwolnić i że wbrew pozorom to możliwe opowiada Carl Honoré.

„Dziś cały świat cierpi na niedoczas. Wszyscy wyznajemy kult prędkości.” –  pisze w „Pochwale powolności” Carl Honoré, propagator życia w tempie slow. Opowiada o wakacjach na zwolnionych obrotach i korzyściach płynących z powolności.

 

Rozmawia ALINA GUTEK

Idę o zakład, że niejedna kobieta, natknąwszy się na tytuł pana książki, ostro zaprotestuje, nawet jeśli jest akurat na wakacjach: „Pochwała powolności? W życiu! Mam tyle do zrobienia, zobaczenia, zwiedzenia, więc muszę się spieszyć, inaczej nie zdążę”. Co pan na to?

Powiedziałbym jej, że szybkość nie jest niczym złym. A nawet, że szybkość może być dobra, bo dobrze jest czerpać obficie z życia. Złe jest natomiast uzależnienie się od szybkości, kiedy w każdym aspekcie naszego życia – czy to jeśli chodzi o pracę, jedzenie, czy wychowanie dzieci – ilość dominuje nad jakością. Kiedy człowiek mówi: „nie mogę zwolnić, muszę pędzić”. A ja bym zaproponował: „Zatrzymaj się, zadaj sobie pytanie, czy faktycznie żyjesz, czy tylko pędzisz”. Większość osób, która zatrzymuje się i stawia sobie to pytanie, dochodzi do wniosku, że faktycznie, nie od rzeczy byłoby nieco zwolnić.

 

Proste życie warsztaty

Wejdź na drogę prostego życia – już teraz!

 

Ale wielu z nas boi się, że zwalniając, nie skorzysta w pełni z życia.

No tak, bo chronicznie chcemy mieć więcej, wszystkiego. Tymczasem idea, żeby mieć wszystko, jest złudzeniem, jest kłamstwem. Jeżeli chcemy mieć wszystko, robić wszystko, zobaczyć wszystko, to efekt jest taki, że nieustannie się spieszymy. A ja uważam, że mniej niejednokrotnie znaczy więcej.

To jaką ma pan radę do zastosowania w czasie wakacji?

Taką samą jak dla reszty życia: żeby odnaleźć równowagę między szybkością a powolnością. Na tym polega sztuka życia, sztuka bycia człowiekiem w ogóle, żeby nie tylko wykonać jakąś czynność dobrze, ale żeby przed jej wykonaniem mieć czas na zastanowienie się nad tym, co się chce zrobić, a po jej wykonaniu też mieć czas na zastanowienie się, co się zrobiło. Myślę, że to bardzo cenna postawa. Niestety, rzadka, ponieważ wirus szybkości przeniknął do naszego krwiobiegu.

Wydaje mi się, że nieudany wypoczynek ma swoje źródło w planowaniu: chcemy osiągnąć zbyt dużo w zbyt krótkim czasie.

Dodałbym: i zbyt skrupulatnie wszystko planujemy, nie zostawiając pustego miejsca. Tymczasem dobrze jest pozostawić w planie jakieś luki, a właściwie powinno być ich jak najwięcej, bo w tym niezaplanowanym czasie można odpocząć, pomyśleć, ale też pozwolić, żeby rzeczy po prostu się wydarzały, żeby przychodziło do nas to, co niespodziewane. I właśnie wtedy dokonują się te wszystkie fantastyczne odkrycia. Reasumując, radziłbym więc robić mniej i poświęcać temu więcej uwagi, skupiać się na tym. Po drugie – zostawiać wolne miejsce w kalendarzu na to, co niezaplanowane. I po trzecie – w jak największym stopniu odciąć się od elektronicznych gadżetów.

Ale one służą nam do utrwalenia przeżyć, do dzielenia się nimi na bieżąco z przyjaciółmi.

No i spędzamy urlop przykuci do skrzynki z mejlami. Podobnie robią moi przyjaciele. Wyjeżdżają na wakacje i nieustannie ładują zdjęcia na Facebooka, piszą posty albo relacje ze swojej podróży. Tym samym zamiast być tu i teraz, przebywają jednocześnie w kilku porządkach czasowych. Efekt jest taki, że traci się coś pięknego, co jest częścią doświadczenia podróży, czyli bycie w nowej przestrzeni, wśród nowych ludzi. Nieustanne wchodzenie na przykład na Facebooka sprawia, że zanieczyszczamy i rozcieńczamy to doświadczenie, że ono się gdzieś gubi. Lepiej zachować te wszystkie zdjęcia, złote myśli, które się wpisuje na swoim profilu, do powrotu z urlopu.

To jednak nie to samo. Wpisując swoje impresje na Facebooku, pozostawiamy po nich ślad, robimy dokumentację. To źle?

Kiedy się biegnie, wszystko się rozmywa i traci się wspomnienia. Gdzieś byliśmy, coś przeżyliśmy, ale niewiele z tego pamiętamy. To częste poczucie, że myśląc o 2011 roku, pytamy: „Gdzie się podział ten czas, mam lukę w pamięci”. O związku między pamięcią a powolnością świetnie pisze Milan Kundera w „Nieznośnej lekkości bytu”. Chciałbym to podkreślić: nie jestem przeciwny fotografiom ani Internetowi, sam piszę posty i robię zdjęcia. Chodzi o to, żeby na wszystko znaleźć odpowiedni czas. Bo kiedy podczas urlopu nie odklejamy się od aparatu fotograficznego czy telefonu, to zamiast wyciszenia umysłu, jesteśmy rozdwojeni – tak naprawdę nie zdążymy niczego realnie przeżyć i zrozumieć, tylko próbujemy doświadczyć tego poprzez zdjęcia załadowane gdzieś do sieci. Nie pozwalamy, żeby coś zaszło, żeby coś się wydarzyło, czy to na zewnątrz, czy to w nas samych. Gdy co chwilę łączymy się z Internetem, dzwonimy do pracy, to choć znajdujemy się na wakacjach, zostajemy wciągnięci w świat innych ludzi i możemy zainfekować się ich stresem.

Szybkie intensywne wypoczywanie (także życie w ogóle) znaczy często: powierzchowne.

Zgadzam się. Te wszystkie gadżety, którymi posiłkujemy się podczas urlopu, sprawiają, że nasze doświadczenie staje się zapośredniczone, że patrzymy na siebie poprzez innych. Wtedy ujawnia się wyraźna różnica między tym, co powolne, głębokie, a tym, co szybkie i powierzchowne. I właśnie wakacje są świetnym czasem na to, żeby przeżyć coś głębiej. Myślę, że każdy z nas nosi w sobie wewnętrznego żółwia. Urlop jest dobrym momentem, żeby się z nim połączyć, bo wiadomo, że na co dzień absorbuje nas i rozprasza wiele zadań i terminów. To dobry czas, przynajmniej potencjalnie, żeby zrozumieć, co się z nami dzieje.

W książce opisuje pan swoją podróż po świecie w poszukiwaniu antidotum na szybkie życie. Jedna z pana rozmówczyń praktykująca powolne ćwiczenia (tak zwane Super Slow) mówi, że powolność to szybkość nowej generacji. Szybkość wpisana jest nawet we współczesną powolność!

Otóż myślę, że tak jesteśmy napompowani adrenaliną, że nawet zwolnić chcemy jak najszybciej. Dostaję mejle od ludzi, którzy piszą: „Postanowiłem zwolnić, zapisałem się o 9 rano na jogę, o 10.00 na medytację, potem na Super Slow. A przecież nie o to chodzi, żeby znów fundować sobie dużo zajęć, tylko żyć wolniej. Inaczej to będzie taka przelotna moda, której ulegamy, więc przez tydzień czy przez dwa będziemy żyć w tempie slow, bo teraz tak wypada. Oczywiście, wiele firm próbuje zdyskontować sukces marki Slow. Kilka lat temu w Anglii Audi wprowadziło nowy samochód pod hasłem: „Najwolniejszy, jaki kiedykolwiek stworzyliśmy”, czytaj: najlepszy, wykonany pieczołowicie, powoli, uważnie. Z jednej strony to dobrze, bo to znaczy, że idea slow przenika do szerszego obiegu, ale z drugiej – pojawia się niebezpieczeństwo, że będzie zawłaszczona wyłącznie do celów komercyjnych, tak jak to się dzieje z ekologią, gdzie pewne firmy przedstawiają się jako przyjazne środowisku, nie podejmując żadnych kroków w tym kierunku.

Część czytelniczek czytających ten wywiad zapewne powie: „Też bym chciała żyć w tempie slow, ale nie potrafię. Mam po prostu inny wewnętrzny program”. Wszyscy możemy przestawić się na wolniejsze życie?

Każdy ma swój wewnętrzny zegar, który u jednych pracuje wolniej, u innych szybciej, u niektórych bardzo szybko i być może ci ludzie – hiperaktywni – najbardziej z tego powodu cierpią, bo to oni najbardziej są dotknięci wirusem szybkości. Sam jestem taką osobą. Więc jeżeli mnie udało się przezwyciężyć uzależnienie od prędkości, to każdemu też może się udać. Ale zwolnienie nie musi polegać na tym, że wyjeżdżamy z Warszawy i zaczynamy hodować ekologiczne marchewki. Owszem, to jedna z możliwości, ale tak naprawdę bycie powolnym to stan umysłu, coś, co można osiągnąć w różnych warunkach i co jest dostępne dla każdego.

Moja koleżanka, wiedząc, że będę rozmawiała ze slowentuzjastą, sceptycznie zauważyła: „Na takie tempo mogą sobie dzisiaj pozwolić tylko bogaci i bezrobotni”.

Nie zgadzam się. To nie jest luksus dla zamożnych ani konieczność dla bezrobotnych. Chodzi o to, żeby wykonywać pewne czynności nie jak najwolniej, ale jak najlepiej. Wszyscy, którzy przestawili się na tempo slow, przekonują się, że czerpią z tego wiele korzyści.

A jeśli ktoś zapewnia: „Moje życie toczy się szybko, ale dobrze mi z tym i w życiu osobistym, i w pracy, więc nie chcę niczego zmieniać?”.

Widocznie ta osoba odnalazła tempo właściwe dla niej, tempo giusto. Jeśli nie ma potrzeby, żeby zwalniać, jeśli uważa, że żyje pełnią życia, a zarazem nie ma poczucia, że coś traci – to w porządku. Ale wiele osób żyjących w pośpiechu nie czuje się dobrze.

Niektórzy zapewniają, że lubią szybkie życie, a tak naprawdę się samooszukują.

To prawda. Szybkość jest często metodą ucieczki. Zagłuszaniem poczucia, że coś w naszym życiu nie działa. Zamiast skonfrontować się z problemami, unikamy ich, biegnąc coraz szybciej. Nie przypadkiem ostatnie stadium przed wypaleniem opisywane jest jako nagłe przyspieszenie służące temu, żeby nie dostrzegać problemu, który nam doskwiera. Często zwalniamy dopiero wtedy, kiedy dopadnie nas choroba.

Szybkie życie jest dzisiaj modne, przydaje nam poczucia wartości, ważności.

Myślę, że w naszej kulturze powolność jest czymś wstydliwym. Często chcielibyśmy zwolnić, czujemy, że wyszłoby nam to na zdrowie, ale wstydzimy się do tego przyznać. Pewna moja znajoma Amerykanka, która pracowała po 80 godzin tygodniowo, któregoś dnia wróciła wcześniej z pracy z powodu awarii komputerów w biurze. Ugotowała obiad, poczytała książkę, zdrzemnęła się. Ale kiedy potem pytano ją, jak spędziła ten czas, z przerażeniem odkryła, że zaczyna zmyślać, czyli opowiadać o zajęciach, którym rzekomo się oddawała. Dlaczego to robiła? Ponieważ odczuwała presję bycia aktywną i szybką. Myślę, że tak robi wiele osób. Buduje sobie opinię osoby niezwykle zapracowanej, co jest oczywiście fasadą. Przekonanie, że należy być zabieganym, tkwi głęboko w naszej kulturze. Zapracowani ludzie przypominają mi szybko płynące kaczki. Gdy je obserwujemy, wydaje się, że ten wysiłek nic je nie kosztuje. Ale to przecież nieprawda, pod wodą pracują nóżki, i to jak! I między innymi po to napisałem „Pochwałę powolności”, żeby przełamać tabu na temat powolności.

Powolnego życia możemy uczyć się zupełnie za darmo od własnych dzieci, właśnie teraz, na wakacjach.

Święte słowa! Dzieci nie operują pojęciem czasu, są powolne z natury, umieją zanurzyć się w teraźniejszości, w każdym razie potrafią do momentu, kiedy nie zaczniemy przy nich majstrować. Mała dziewczynka zatrzymuje się nad biedronką, która przysiadła na pąku róży, i opowiada całą o niej historię: jak ma na imię, skąd przyfrunęła, co tu robi. To moment bardzo głębokiego ludzkiego doświadczenia. Tymczasem dla nas wydaje się to kompletną stratą czasu, czymś zupełnie bezwartościowym. Poganiamy więc dziecko: „no chodź już, bo za chwilę lekcja baletu albo tenisa”.

Ja też poganiałam nieraz swoich synów.

Wszyscy to robiliśmy, niestety. A dzieci są mądrzejsze od nas, potrafią cieszyć się z tego, co ulotne, niewymierne. Tymczasem my cenimy to, co wymierne, co można zważyć, zmierzyć, wpisać sobie do CV, czym można się popisać na Facebooku. Wakacje są doskonałym czasem na to, by na nowo uczyć się przeżywania chwil powoli i głęboko, bo to nadaje życiu barwy i smaku. Dzieci mogą być w tym naszymi nauczycielami. Pod warunkiem że pozwolimy im być dziećmi i przypomnimy sobie, jak to jest być dzieckiem, którym przecież byliśmy.

Kiedyś żył pan w szybkim tempie, teraz jest rzecznikiem slow. Co pan zyskał na tej zmianie?

Potrafię wskazać bardzo wyraźną różnicę przed zmianą i po niej. Przed nieustannie gdzieś się spieszyłem, teraz żyję spokojnie, choć nadal mam intensywne, ciekawe życie. Teraz wydajniej pracuję – to taki paradoks, że często wyniki przychodzą szybciej i są lepsze, chociaż wydawałoby się, że działamy wolniej. Czerpię więcej przyjemności z życia, bo jestem tu i teraz, a nie bywam rozproszony na jakieś cztery różne porządki czasowe. I co najważniejsze – moje relacje z ludźmi są silniejsze, bo naprawdę ich słucham, a nie sprawdzam, czy dzwoni telefon. Często wyłączam swojego iPhone’a i bardzo dobrze się z tym czuję. Mam zdecydowanie większą kontrolę nad swoim życiem, jestem zdrowszy i szczęśliwszy.

Rodzina korzysta na tych zmianach?

O tak! Moje życie rodzinne jest wolne od napięcia i stresu. Dużo czasu spędzam z moimi dziećmi: 13-letnim synem Benjaminem i dziesięcioletnią córką Susannah. Oczywiście, sami potrafią czytać książki, ale co jakiś czas czytam im na głos. Nie ma wtedy żadnych telefonów, sprawdzania mejli. Teraz czytamy powieść Agathy Christie „Morderstwo odbędzie się…”. Myślę, że większość wspaniałych rzeczy nie musi być luksusem, mamy je za darmo, na przykład gdy czytamy dzieciom książki.

Jak pan odpoczywa w czasie wakacji?

Zwykle dwa tygodnie (z trzytygodniowego urlopu) spędzam z rodziną tam, gdzie ciepło, czyli najczęściej we Włoszech, a jeden – gdzieś w Anglii. Wynajmujemy dom, obowiązkowo z kuchnią, bo uwielbiamy gotować. Razem robimy zakupy na targu, razem przygotowujemy posiłki, a potem biesiadujemy. Zabieramy dużo książek, natomiast unikamy długiej listy rzeczy do zrobienia, sprawdzania mejli, odbierania telefonów. Życie płynie wtedy naprawdę bardzo powoli.

Kilka lat temu na festiwalu Nowe Horyzonty oglądałam „13 jezior” Jamesa Benninga, film z gatunku slow cinema. Pozbawiony dialogów, z dziesięciominutowymi statycznymi ujęciami, trwający ponad dwie godziny. Na początku mnie zirytował, potem wciągnął i zahipnotyzował. Z życiem w tempie slow może być podobnie?

Oczywiście. Bo z odstawianiem szybkości jest tak jak z odstawianiem narkotyku – uzależnienia nie przerywa się z dnia na dzień, to proces. Może więc warto zacząć od takiego filmu jak „13 jezior”? Myślę, że nawet kiedy ktoś wyjdzie po 15 minutach, to ziarno zostanie zasiane. Takie filmy są niezwykle cenne. Bo jeżeli główny ton w kulturze nadaje szybkość, to sztuka, która pokazuje coś innego, co rzuca tej szybkości wyzwanie, czy to będzie kino, czy jedzenie, bywa pomocne. Cechą dobrej sztuki jest to, że najpierw zawadza, uwiera, dopiero potem dostrzegamy jej głęboki sens. Warto więc w czasie wakacji poeksperymentować z wszelkimi slow: cinema, food. Jestem pewny, że wszystkim nam spodoba się zmiana pasa szybkiego ruchu na wolniejszy.

 

CARL HONORÉ dziennikarz i publicysta, absolwent historii i italianistyki na Uniwersytecie w Edynburgu. Pracował z dziećmi ulicy w Brazylii, pisał dla „Economista”, „Observera”, „Guardiana”, „Miami Heralda”, „Houston Chronicle”, „Time Magazine”, „National Post”. Autor „Pochwały powolności i „Pod presją”. Mieszka w Londynie. Ojciec 13-letniego Benjamina i dziesięcioletniej Susannah.

 

Źródło: Zwierciadło, sierpień 2012