Samoocena

Kim jestem? Co mnie definiuje? Jakie zachowania mówią mi i innym kim jestem? Gdzie przynależę? Jakie role pełnię? I co z nich czerpię? Jak ma się w związku z tym moja samoocena? Gdybyśmy częściej zadawały sobie tego rodzaju pytania nie trawiłaby nas tożsamościowa histeria, która jest niszcząca i stresogenna.

Poszukiwanie odpowiedzi, która definiuje nasz byt jest nieodłączną potrzebą zdrowo funkcjonującego człowieka. I zaspokajanie głodu owych pytań pozwala na utrzymanie się we względnym dobrostanie. Nie bójmy się tak rozmawiać. To nieprawda, że możemy zanurzyć się w te odpowiedzi dopiero zmuszeni, bo naprzeciwko siedzi terapeuta albo zbliżając się do kresu naszej ziemskiej podróży.

Kim jesteś?

Pytania te przemycam przy różnych okazjach, zarówno towarzyskich na żywo, w internecie na specjalnym profilu oraz najczęściej serwuję je zestresowanym pracownikom korporacji. „Co ma z tego wyniknąć?” – pytają zagubieni – „Nie wiem, jaki mam otrzymać rezultat, nie rozumiem zadania”. „Nie wiem, co ci wyniknie” – odpowiadam. „To jest o odkrywaniu, o znajdowaniu, nie można wyznaczyć ci, co masz odkryć. Pozwól sobie na przyjęcie każdej odpowiedzi, jako wartościowej, bo jest twoja. Zaczerpnij z tej odpowiedzi, łącz je ze sobą i podejmuj w związku z tym decyzje, planuj działania, zmiany – albo ciesz się tym, co odkryłeś i utwierdzaj w tym, w czym jesteś, bo to przynosi spokój do twojej duszy”. Jestem zawsze głęboko poruszona strachem, jaki wywołuje zrobienie tego ćwiczenia. Nie strachem, który dotyczy ujawniania się, lecz strachem wynikającym z zagubienia, że bez jasno określonego zadania jestem jak w gęstej mgle. To już może być diagnoza, że jesteś pracownikiem. Tylko pracownikiem. Człowiek – miejmy nadzieję na chwilę tylko – gdzieś zniknął z Twojej tożsamości.

Tylko jedna rola?

Jakie mogą być konsekwencje, gdy postrzegamy się, a przez to oceniamy przez pryzmat jednej roli? Jestem menadżerką sprzedaży. Koniec, żadna inna rola nie ma znaczenia. Nie przebywam na co dzień w żadnej innej roli, np. rowerzystki, która spędziła dziś intensywne 20 min zdobywając trudny teren, co może być powodem do poklepania się po plecach i powiedzenia well done. Może w roli kucharki jest obszar do wręczenia sobie medalu, bo sernik ma puszystość świeżo spadającego śniegu. Może w roli kochanki, bo seks wczoraj był amazing.

Jeżeli jestem tylko menadżerką sprzedaży i nie ma innego obszaru, w którym wykonuję dodatkowe czynności, to prezentacja, za którą zebrałam dwa zdania krytyki może nie tylko poważnie nadszarpnąć moją samoocenę, ale może mnie przecież zabić. Jeśli nie wyjdę z roli menadżerki sprzedaży, to kolejna rozmowa o targetach zacznie wywoływać ostre bóle brzucha, migreny, a w następstwie czeka mnie wizyta u psychiatry i recepta na psychotropy, które uśmierzą stres. Jeśli postrzegamy się przez pryzmat jednej roli to nasze działania, aktywności muszą dotykać podium, abyśmy mogły utrzymać samoocenę. Nasza tożsamość żąda od nas najwyższych not. Więcej i bardziej i szybciej. To będzie nasz cichy, rujnujący nasze zdrowie psychiczne doradca.

Musimy równoważyć informacje, jakie o sobie czerpiemy przez uzyskiwanie ich z innych dziedzin. Prezentacja nie poszła, ale wygrałam z koleżankami dzisiejszy mecz siatkówki. Wieczorem przez chwilę byłam w roli niezłej aktorki czytając córce gąskę Balbinkę. Przecież do tego wszystkiego jestem mamą. Przebywanie w kilku rolach i zdawanie sobie z tego sprawy, że jest ich wiele, pełna świadomość życia w nich daje możliwość zwykłego ludzkiego nawalenia w tej, czy tamtej roli, lub ujawnienia zwykłej ludzkiej słabości, która jest niezaprzeczalną częścią każdej z nas.

Jeżeli definiujesz się jedynie przez pryzmat logo, jakie widzisz przekraczając próg swojej pracy to wyobraź sobie kim zostaniesz, kiedy przyjdzie ci spakować swój karton? Co będzie jak zniknie logo, które stało się Twoją wizytówką? Jeśli tylko do niego przynależysz – oddając swój identyfikator, jednocześnie oddajesz swoje „ja”…

 

PS Przeczytaj również cz. 2 artykułu: Manipulacja samooceną, czyli pułapki samooceny