Krowa na łące

Jeszcze nie tak dawno temu, krowa była nieodłącznym elementem krajobrazu polskiej wsi. Czymś pospolitym i oczywistym, czymś na wsiach pożądanym i cenionym. Świadczyła o zamożności danego gospodarza i o tym, że w jego rodzinie jedzenia nie brakuje.

W czasach, gdy sklepy nie były tak powszechne jak dziś, gdy odległości między miastami stanowiły barierę trudną do przebycia, gdy nie zalewała nas powódź produktów, a markety nie wyrastały z ziemi jak grzyby po deszczu – to właśnie krowa była na wsi źródłem jedzenia – żywicielem rodziny. Dawała mleko, z mleka robiło się ser, masło, śmietanę, kefir. Kto miał krowę mógł przetrwać nawet w ciężkich czasach. Z racji tego, że od niej tak wiele zależało – cieszyła się szacunkiem, dbano o nią, jej utrata stanowiła dramat dla całej rodziny. Raz, że była w rodzinie przez długie lata i rodziło się przywiązanie; dwa – pojawiało się bez niej widmo "zaciągania pasa", czyli  mniejszej ilości jedzenia w domu.
 
Dziś może wielu to dziwić  – ale życie rodziny toczyło się właśnie wokół krowy. Dojenie krowy, wyganianie, pasienie, zganianie, przygotowywanie siana, czyszczenie stajni, wyrzucanie gnoju… To musiało być zrobione i nikogo nie dziwiło.

Koniec ery wiejskiej krowy

Wszystko się zmienia. Wraz z rozwojem miast, nowych perspektyw, pojawieniem się maszyn do produkcji żywności na szeroką skalę i zalewaniem rynku przez produkty importowane, krowa zaczęła tracić na znaczeniu:
 
- Więcej pracy za pieniądze i wzrost dostępu do taniej żywności doprowadził do tego, że zmienił się sposób zdobywana pożywienia. Nie ma już takiej konieczności produkowania go w domu, gdyż za pieniądze zarobione poza gospodarstwem, można się zaopatrywać w marketach.
 

Kupy siana na polu- Ludzie ze wsi w poszukiwaniu lepszego życia, szans rozwoju, pracy i edukacji zaczęli przenosić się do miast – tym samym w rodzinach brakuje rąk do pracy. Starzy rodzice nie są w stanie zajmować się już tak gospodarką jak kiedyś. Początkowo ograniczano ilość krów w domu do jednej, z czasem jednak i tej jednej nie miał kto oporządzić. 

- Mieszkańcy wsi byli i w wielu przypadkach nadal są postrzegani przez osoby z miasta jako gorszy gatunek. Między innymi przez krowy. Jak wiadomo, krowa do łazienki nie chodzi – trzeba więc wyrzucić widłami odchody ze stajni, posypać podłoże czystą słomą lub sianem i tak codziennie, bez urlopów i marudzenia. Trudno przy takiej pracy nie przesiąknąć brzydkim zapachem, który trudno zmyć, gdy np. w domu nie ma łazienki (w ciągu dnia trzeba wchodzić do stajni po kilka razy). Szczególnie dzieci ze wsi były z tego powodu szykanowane, gdy zaczynały uczęszczać do szkół w mieście. W takiej sytuacji, często dorastały one z poczuciem bycia kimś gorszym, z łatką „wieśniaka, który krowy pasie”. Nie ma się więc co dziwić, że w dorosłym życiu wolały one szukać pracy w mieście, niż zajmować się rozwojem gospodarstwa.
 
- Duży wpływ na rezygnacje z posiadania krowy miała w wielu przypadkach wygoda – dopóki krowa była głównym żywicielem rodziny, posiadanie jej było koniecznością. Gdy przestała nim być – jej trzymanie straciło zasadność. Wielu osobom (szczególnie tym, które krowę widziały jedynie na filmie lub u babci na wakacjach) krowa wydaje się być swego rodzaju zwierzątkiem domowym, można pogłaskać, dać trochę trawy, pośmiać się, że taka fajna. Patrząc jednak od strony praktycznej – wiejskiej krowie daleko do „zwierzątka domowego” :
 
  • Krowy nie weźmiesz na urlop, na wczasy, na weekend za miastem. Nie zmieści się do tramwaju, pociągu czy samochodu.
     
  • Krowę trzeba doić 2-3 razy dziennie. Niektórzy gospodarze stosowali/stosują specjalne dojarki, jednak większość robi to ręcznie. Siadając na małym krzesełku i dojąć do wiaderka. Wiesz ile potrzeba do tego siły w rękach? Krowa nie zawsze ma ochotę stać spokojnie, potrafi kopnąć, trafić ogonem prosto w twarz. Nie można dziś wydoić, a jutro nie. Dzień, w dzień – jest to obowiązek.
     
  • Stajnie trzeba sprzątać! Czy to niedziela, czy święto – trzeba posprzątać, żeby krowa nie leżała w odchodach.
     
  • Krowa jada siano! – wiecie skąd się je bierze? Dziś sprawa jest prostsza, bo jeśli ma się własne maszyny lub można wynająć sąsiada, to nie jest tak źle. Najpierw trawę trzeba skosić, później, gdy podeschnie – przewrócić, aby wyschła z drugiej strony. Następnie łączy się kilka pasów w wał, machając grabiami. Przez cały ten czas zaś modli się, aby deszcz nie spadł, bo jeśli będzie krótko trwał, to wszystkie zabiegi trzeba będzie powtórzyć od nowa. Jeśli zaś potrawa kilka dni, siano może zgnić i już na nic się nie przyda. Przy odrobinie szczęścia, nadejdzie chwila składania kup – na stojaki przypominające piramidę narzuca się siano, aby dobrze wyschło i nadawało się później do składowania w stodole przez zimę. Kupy są dziś zastępowanie przez rolowanie lub kostkowanie, przy użyciu specjalnych maszyn.
     
  • Krowę trzeba paść przez okres, gdy rośnie trawa – kiedyś, gdy było dużo krów na wsiach sąsiedzi umawiali się na tzw. Kolejki. W każdy dzień inna osoba brała wszystkie krowy i wyganiała na łąki, żeby się napasły. Gdy liczba krów się zmniejszyła, ludzie wzięli się na sposób i zaczęli krowy przypinać na polu, które mieli. Krowa mogła swobodnie się paść, jednak nie odeszła dalej niż długość łańcucha, który był przybity do ziemi specjalnym palikiem. W południe, gdy było gorąco, krowę zabierano do domu, później ewentualnie drugi raz wyganiano.
     
  • Krowa pije wodę! Jeśli w domu nie było doprowadzonej wody ludzie chodzili  z wiaderkami do studni lub potoku. Szczególnie w ziemie był to dotkliwy obowiązek.
     
  • Od krowy nie ma urlopu! – wesele w rodzinie, komunia czy chęć wyjazdu do znajomych – jeśli nie było nikogo, kto by krowy dopilnował (wydoił, dał jeść i pić) trzeba było zrezygnować.
     
  • Krowa się nie opłaca! – gdy w sklepach pojawiło się mleko i produkty z niego po kilka złotych, utrzymanie krowy przestało się opłacać. Przy ciągle rosnących cenach paliwa wynajmowanie kosiarki, ciągnika, ludzi do pomocy, żeby zgromadzić siano na zimę – stało się znaczącym wydatkiem. 

Smutny krowi los

Pisząc o wiejskiej krowie mam na myśli te krowy, które miał lub dążył do ich posiadania prawie każdy mieszkaniec wsi, które mieszały zwykle w oborze przylegającej do domu lub stajni zaraz obok. Które niejako były członkami rodziny.

Dojenie krowyNie krowy hodowane masowo – jak dziś – w wielkich gospodarstwach, gdzie wszystko jest zmechanizowane jak w fabrycznej hali, gdzie jedna krowa stoi równo obok drugiej, gdzie człowiek tylko wciska guzik i leje się woda, sypie zmodyfikowana pasza, a gnój sam się sprząta. 

Krowa znika z naszych krajobrazów, zamykana właśnie w takich halach. Karmiona specjalnymi mieszankami, żeby było więcej mleka. Eksploatowana rozrodczo, żeby dawała jak najwięcej cieląt na mięso – bez słońca i odrobiny wolności. Unieruchamiana w boksie z ustalonym odgórnie wyrokiem. 
 
Nie jest już Krasulą, Malwiną, Łajką tylko produktem lub czymś, co ten produkt generuje. Nie pasie się jak kiedyś na czystych, dzikich łąkach, niczym nie pryskanych. Nie żywi zwykłym sianem, nie pije wody z czystej studni.  
 
Być może jest nam teraz wygodniej i taniej. Ile razy słyszę przecież – „Na co krowa, mleko jest w Biedronce”. Tak to prawda, wszystko jest w sklepie. Tylko czym jest to wszystko? Masło to dziś tylko nazwa (trudno o takie bez domieszki olejów, barwników i innych dodatków). Śmietana bardziej przypomina maź chemiczną niż to, co znałam jako prawdziwą śmietanę od wiejskiej krowy.  A mleko? Może stać miesiącami i się nie zepsuć, bo tak je „wzbogacono”, pozbawiając wcześniej wszystkiego, co w nim było cenne.