Stan, w którym znajdowałam się przez większą część mojego życia pięknie ilustrują słowa piosenki Marii Peszek z jej ostatniej płyty: "W smutek opakowana stoję w ciszy po kolana. Ej, czy ktoś słyszy mnie? Ej, tu jestem na dnie".

Przez wiele lat próbowałam się wygrzebać z tego dna przy pomocy przeróżnych osób, książek, warsztatów i form terapii. Z różnym skutkiem – zwykle jednak krótkotrwałym i przemijającym.

Moje dno nie jest jakieś szczególne, bardziej denne od innych czy wyjątkowe. Patrząc na nie, ktoś postronny mógłby rzec „O co jej chodzi?”

Jestem 35 letnią kobietę z dwójką dzieci. Można by o nich powiedzieć – średnio grzeczne, średnio zdrowe, często radosne, pełne życia i cudowne… jak to dzieci. Do tego jest jeszcze mąż w pakiecie – dbający o nas finansowo, ze świetnym kontaktem z maluchami, z mnóstwem ciekawych, często niebezpiecznych (ale jakież to ekscytujące!!!) pasji. W sumie partner idealny: czuły, kochający, wspierający i … zdradzający mnie od około 10 lat. Sielanka.

Obecnie nie pracuję, bo przecież jak wszyscy wiemy, pranie, sprzątanie, gotowanie, rozwożenie dzieciaków po szkołach, na konie itp. nie jest przecież żadną pracą czy obowiązkiem – to czysta przyjemność!

Poziom dna

Można by uznać, że moje dno osadzone jest na powiedzmy średniej głębokości – choć to też zależy, z jakiego poziomu na nie spojrzeć.

Pod powierzchnią mojego życia kryją się przeróżne wewnętrzne niepokoje, smutki, obawy i przejmujące odczucie, że już dłużej nie dam rady, nie wytrzymam…

KURSY ONLINE:
proste-zycieProste Życie
Porządek w głowie, życiu i domu
Sprawdź!

Z całym tym inwentarzem rozprawiałam się dzielnie na różnego rodzaju terapiach. Odkopałam  trudne dzieciństwo. Prześledziłam ścieżki w umyśle i sercu mozolnie wyryte przez wydarzenia z przeszłości. W efekcie, na poziomie intelektualnym zrozumiałam w końcu, że to życie i to, co się w nim dzieje pasuje do mnie jak ulał, tworzy związek przyczynowo-skutkowy. Wszystkie braki z dzieciństwa pięknie połączyły mi się z tym, czego obecnie doświadczam – niestety ta świadomość przyniosła tylko lekką ulgę. Świat przestał się może wydawać miejscem, gdzie potężne siły i ludzie sprzysięgli się przeciwko mnie, jednak świadomość, że problem tkwi we mnie, nie nastrajał już tak optymistycznie…

Poczułam się współodpowiedzialna za swój los i to, co mi przynosi życie. Zdałam sobie sprawę, że będąc w taki, a nie inny sposób wychowaną i zaprogramowaną przez rodziców, społeczeństwo i czasy – specyficznie postrzegam i odbieram wszechświat, przyciągam pewne sytuacje i określonych ludzi. W sumie nie jest to wina ani świata, ani moja, ani moich rodziców. Hmmm… winnych brak.

Ten obraz mi się nie podoba…

Z całego tego zamieszania i prób zrozumienia powtarzających się w moim życiu historii i sytuacji wyłonił się całkiem sensowny i poukładany obraz.

Tylko, że… po pierwsze ten obraz wcale mi się nie spodobał. Po drugie miałam i mam poczucie, że mój wpływ i domalowywanie pewnych elementów, bądź wymazywanie innych niewiele zmienia w ogólnym jego odbiorze. Oczywiście miałam zakusy na radykalne przemalowanie – zmiana męża na ciut doskonalszego wydawała się przez pewien czas pociągająca i dawała nadzieję na całkowitą odmianę mojej sytuacji… Po głębszym zastanowieniu, zwyciężył jednak racjonalizm – nowy ON mógłby w krótkim czasie stać się podobny do starego, a poza tym, co z dziećmi? Dopadły mnie rozterki i na przemyśleniach się skończyło.

I tu mamy punkt krytyczny – wszystko źle, nie cieszy mnie moja egzystencja. Mimo że mam dzieci, które kocham i o które chcę dbać, to jakoś nie umiem wykrzesać z siebie tej radości życia… Słucham wiadomości i wyć mi się chce, bo wokół jest tak strasznie i przerażająco…

Do tego prześladuje mnie straszne poczucie, że cokolwiek zrobię, to i tak niewiele się zmieni. Mogłabym sobie kupić piątą parę butów albo pojechać do Brazylii… Wiem jednak, że to kompletnie nic nie da – w tych butach, w tej Brazylii będę chodziła ta sama Ja, z tą samą głową i tymi samymi myślami w środku. Nie wiem czy wiecie, ale ponoć około 95% myśli każdego dnia, to powtórki z dnia poprzedniego. Przerażające jest być taką jedną wielką chodzącą powtórką i to kiepskiego scenariusza…

Winda z dna – medytacja

Byłam już na etapie godzenia się z tym, że dno jest mi widocznie pisane, gdy trafiam na wykład Willigisa Jagera i Aleksandra Poraja-Żakiej. I usłyszałam, że to moje życie to tylko sen i w sumie obojętnie czy jest przyjemny, czy przykry, bo to sen i że wystarczy się obudzić. OBUDZIĆ SIĘ!!! Boże, pomyślałam, to coś dla mnie – nie chce mi się już poprawiać snu, męczyć się, biegać na warsztaty, szamotać między tak zmiennymi emocjami. Ja chcę się obudzić!

Dłoń wyciągnięta w niebo

I tak bez żadnego przygotowania trafiłam na 6 dniowy Zen sesshin – gdzie siedzi się w medytacji około 9 h dziennie. Nie było to łatwe ani dla mojego ciała, ani dla mojego umysłu. Nie obudziłam się również – niestety… ale siedzę dalej. Codziennie.

W ciszy obserwuję swój umysł, swoje myśli i swój oddech. Jestem. Mam poczucie, że znalazłam ukrytą opcję życia – taki skarb dla tych, którzy szukają, czują, że gdzieś ich uwiera, chcą więcej lub inaczej czuć, doświadczać. Nie chcę też już tak po prostu cierpieć.

Nie powiem, że moje życie zmieniło się jakoś diametralnie. Mam te same dzieci, tego samego męża, te same problemy, wiadomości w TV też nie stały się bardziej pozytywne – po prostu inaczej to wszystko przeżywam.

Powoli, ale konsekwentnie zmienia się moje patrzenie na te same zjawiska, myśli i osoby. Świat już nie musi się zmieniać, bo zmieniam się ja. On jakby za tym podąża. Już mną tak nie szarpie. Przestałam patrzeć na świat przez różne soczewki (zmieniając jedynie ich kolor)… Znalazłam w sobie siłę, by ściągnąć okulary moich własnych przekonań, uwarunkowań i pomysłów na temat rzeczywistości… Spojrzeć na nią – i zobaczyć ją taką, jaka jest.

Muszę przyznać, że dla mnie to niesamowicie ekscytująca droga. Przez 35 lat nie znalazłam nic równie niezwykłego i prostego zarazem.

Moje myśli – czy to Ja?

Jakiś czas temu usłyszałam zdanie: „Nie jesteś swoimi myślami – uświadamiasz je sobie” – poczułam wtedy, że to ważne słowa. Teraz sama tego doświadczam. Nie jestem swoimi myślami… uświadamiam je sobie.

Na zakończenie chciałabym jeszcze podzielić się z wami zdaniem z wykładów Moojego, którego lubię czasem posłuchać, a które nieźle zamieszało mi w głowie: "Myślący myśl też jest myślą" – przemyślcie to sobie:)

Siedzę w zazen, bo dla mnie to jedyna opcja… Wszystkie inne, mam wrażenie, że już wypróbowałam.

 

Autor – Ewa Nitka – Żona i mama, która zgubiła gdzieś poczucie szczęścia. Wie, że świat jest piękny, trzeba tylko umieć i chcieć to dostrzec.