fale i morze

W kulturze chrześcijańskiej, gdy mówimy o cierpieniu od razu myślimy o Jezusie i Hiobie, którzy byli wystawiani na różne próby, nieraz bardzo ciężkie. A jak o cierpieniu mówią buddyści? Z psychologiem Wojciechem Eichelbergerem rozmawia Agnieszka Gierczak.

Cierpienie w buddyzmie też jest ważne. Budda Siakjamuni wiedział, że „życie jest cierpieniem”. Jednocześnie wskazał bardzo konkretne sposoby na życie bez cierpienia. Podstawową przyczynę ludzkiego cierpienia dojrzał w egocentrycznym złudzeniu oddzielenia od świata i wszechświata – czyli w podtrzymywanej przez nas iluzji Ego/Ja, które uznaje same siebie za odrębny, niezależny i wyjątkowy byt.

A nie jesteśmy niezależnymi bytami?

Nie jesteśmy. Spójrzmy np. na morze. Gdziekolwiek byśmy do morza nie weszli to zanurzamy się w jednym wielkim, niepodzielnym morzu – prawda? Widzimy fale, które się pojawiają, wznoszą, pędzą po powierzchni morza i kończą swoje istnienie na skraju plaży – łącząc się na powrót z morzem, z którego na chwilę powstały. To adekwatna ilustracja naszego istnienia, a także istnienia wszelkich innych przemijających ożywionych i nie ożywionych – form życia.

Oświecony umysł Buddy dostrzegł, że nasze istnienie w ludzkiej postaci przypomina sytuację fali . Kłopot w tym, że ludzkie fale obdarzone są świadomością istnienia, tzw. samo- świadomością. W związku z tym łatwo ulegamy pokusie nadania sobie iluzorycznej, odrębnej tożsamości. Jesteśmy jedną z nieskończenie wielu fal na powierzchni wiecznego, wszechogarniającego morza lecz wyobrażamy sobie, że jesteśmy czymś oddzielonym i szczególnym. Tak zasadniczo błędne przekonanie musi spowodować wiele błędów. A błędy, czyli życie w niezgodzie z rzeczywistością, muszą powodować cierpienie. Gdy miarka cierpienia się przeleje, fala zaczyna się na ogół reflektować i szukać prawdy o sobie, szukać swojej pierwotnej tożsamości morza, angażując się w różne formy poszukiwań duchowych. Trochę na zasadzie: ”Jak trwoga to do Boga.” Ale nawet wtedy większość nas nadal żyje w poczuciu oddzielenia, grzesząc pychą, nienawiścią, zazdrością, arogancją i chciwością i czyniąc ze swojej źle pojmowanej duchowości jeszcze jeden powód do odróżniania i wyróżniania się. Co nam po takiej duchowości czy religijności, która sprawia, że nadal postrzegamy świat jako pole walki, konkurencji – czujemy się bardzo samotni, zagubieni i nieszczęśliwi. Sami czynimy nasze życie niewymownym cierpieniem. O ile szczęśliwsza jest fala, która wie, że zarówno ona jaki wszystkie inne fale w istocie są jednym, wiecznym morzem, że w chwili, gdy skończy się jej istnienie na jakiejś plaży to w istocie nic się nie zmienia. Taką falą był Budda Siakjamuni, Lao -Tse, Konfucjusz, Mojżesz, Jezus Chrystus, Mahomet i wielu, wielu innych, którzy poszli i idą w ich ślady.

Z falą i morzem jest tak jak z życiem człowieka, które kiedyś się kończy?

Dokładnie tak. Wszyscy Prorocy to wiedzieli i ze współczucia proponowali ludziom praktyki duchowe służące temu, by dojrzeć i porzucić złudzenie oddzielenia, odzyskać poczucie jedności z naszą pierwotną naturą, którą ma wprawdzie setki imion ale zawsze pozostaje bezimienna, jedna i ta sama. Ale ludzie jak to ludzie. Założyli religijne kluby i korporacje, które ponazywały sobie „Jedno i Bezimienne” każdy po swojemu i toczą ze sobą walki o to kto ma kod dostępu do prawdy.

W jaki sposób możemy pozbyć się tych iluzji?

To nie jest proste. Iluzja Ego/Ja jest bardzo mocno w nas zakorzeniona, wydaje nam się wszystkim czym jesteśmy. Choć z jednej strony bardzo nam przeszkadza i chcemy się jej pozbyć, to z drugiej chcemy się jej trzymać jak ostatniej deski ratunku.

Bo chcemy być kimś wyjątkowym?

…. szczególnym, nadzwyczajnym. Gdyby wszystkie fale o kształcie człowieka wiedziały, że są tylko chwilową zmarszczką na powierzchni tego samego morza to świat inaczej by wyglądał. Mielibyśmy jasną świadomość, że choć jesteśmy różnymi falami to w istocie jesteśmy jednym i tym samym morzem. Naturalnie tworzyło by to klimat – braterstwa, miłości i solidarności. Aby do tego dotrzeć musimy bezpardonowo, konsekwentnie i odważnie kwestionować i wyzbywać się wszelkich wyobrażeń i przekonań na własny temat.

Jak? Dzięki psychoterapii?

Tu potrzeba czegoś więcej, bo psychoterapia tylko porządkuje to co jest atrybutami naszego ja. Tylko prawdziwa, uporczywa praktyka duchowa daje szansę przekroczenia złudzenie ego, złudzenia samodzielnej, oddzielonej od oceanu i innych zmarszczek na wodzie, fali.

Jak możemy przenieść to myślenie na nasze codzienne życie, gdy spotyka nasz coś złego, przezywamy jakąś tragedię. Jak wtedy odnaleźć jedność z całym światem? Jak sobie poradzić?

Cierpienie, np. choroba jest w naszym życiu wydarzeniem, które nas zbliża do tego rozwiązania. Czasami daje świadomość popełnionego błędu i silny impuls do zmiany. Najtrudniej jest rozpocząć poszukiwania duchowe, gdy wszystko nam się układa, mamy radosne, szczęśliwe życie, jesteśmy piękni, mądrzy, bogaci i zdrowi. Wtedy nie mamy powodów, aby zadawać sobie takie jakiekolwiek pytania. Wydajemy się sobie coraz ważniejsi i wspanialsi a iluzja oddzielenia staje się coraz silniejsza. Dopiero, gdy taka fala ujrzy – na skutek upływu czasu lub/i jakieś groźnej diagnozy lekarskiej – zwiastujący jej nieuchronny koniec brzeg, to zaczyna się rozglądać za jakimś wyjściem z sytuacji. Często jest jednak na to już za mało czasu. Wtedy pozostaje jedynie rozżalenie, agresja złość.

Na ogół jednak ludzie, którym los zgotował chorobę, radykalnie zmieniającą swoje relacje ze światem, mają bowiem powód, aby szukać sensu tego, co ich spotkało, sensu życia i prawdziwej tożsamości. Dlatego mądrych ludzi łatwiej znaleźć w szpitalach i hospicjach niż na uniwersytetach i konferencjach naukowych. Gdy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa, gdy postępuje choroba wtedy namacalnie odczuwamy przemijanie naszego życia, widzimy kres biegu fali, z którą się tak całkowicie utożsamiliśmy. Wtedy mogą pojawić się ważne pytania, tj.: Kim ja naprawdę jestem? Czy jestem ciałem, czy może kimś komu się to ciało przydarzyło? Jeśli to drugie – to kto to mógłby być? Na skutek takich wątpliwości i poszukiwań zaczniemy z wolna przekraczać egocentryczną, oddzieloną i samotną perspektywę i zacznie się zmieniać nasz stosunek do choroby i przemijania. Będziemy tworzyć szansę na żywe doświadczenie tego, że jesteśmy tylko małoznaczącym epizodem, który wydarza się w jednolitej i nieskończonej przestrzeni egzystencji, która nie jest różna od nas.

Dla morza nie mamy żadnego znaczenia?

Dla morza nie liczy się wysokość fali, ani to jak głośno huczy, czy jak prezentuje się na tle innych fal. Morze bawi się z falami w chowanego. Bawi się samo ze sobą.

Czyli cierpienie jest nam potrzebne…

Cierpimy, gdyż błędnie pojmujemy swoją tożsamość a to prowadzi do cierpienia. W kontakcie z drugim człowiekiem nie jesteśmy w stanie doświadczyć, że choć jesteśmy różni to jednocześnie jesteśmy tym samym, że czyniąc krzywdę innemu, robimy krzywdę sobie. Stąd ostrzeżenie: Nie rób drugiemu co tobie niemiłe. Albo: Jeśli zabijesz kogoś to tak, jakbyś zabił siebie, a jak zabijesz siebie to tak jakbyś zabił kogoś. Albo: Kochaj bliźniego, jak siebie samego itd. Pierwsze oświecone oświadczenie Buddy sprowadza się do tego samego: Wszystkie istoty ożywione i nieożywione mają tę samą, doskonałą Prawdziwą Naturę".

Jezus obiecywał nam, że jeśli tu na ziemi będziemy cierpieć, to potem spotka nas za to nagroda w raju. Wtedy będziemy naprawdę szczęśliwi.

W tym punkcie buddyzm zasadniczo różni się od chrześcijaństwa. Budda zapewniał i pokazywał na własnym przykładzie, że nie musimy cierpieć za życia. W związku z tym jeden z jego późniejszych uczniów powiedział: „Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, gdy umrzesz.” Innymi słowy jeśli odkryjemy i porzucimy iluzję swojego odrębnego istnienia jeszcze za życia, to gdy będziemy umierać nie damy się nabrać na umieranie. Będziemy falą, która wie, ze jest morzem. A morze jest wieczne więc nigdy nie umiera. Ale wygląda na to, że tylko z ludzką, samoświadomą formą życia morze jest w stanie bawić się w chowanego. Dlatego nie wolno nam marnować duchowej szansy na szczęście, którą posiadamy jako ludzie. Nie oznacza to, że nasze ciało nie będzie cierpieć i przemijać. Wszystko co ma formę przemija, każda fala ma musi dobiec swego kresu. Natomiast Chrześcijaństwo jedynie w akcie śmierci widzi okazję i możliwość pojednania fali i morza. Tymczasem buddyści uważają, że nie ma żadnej potrzeby czekać ze szczęściem na śmierć. Choć śmierć ciała to rzeczywiście ważny i dobry moment na pojednanie. Ale nie zawsze i nie dla wszystkich będzie on wyzwoleniem. Żeby mogła nim być, fala musi najpierw – zanim się rozbije na plaży – zrozumieć kim jest w istocie.

A co jeśli nie zrozumie?

Będzie się odradzać jako oddzielona, cierpiąca fala, tak długo, aż zrozumie. Buddyzm wyróżnia dwie śmierci: „małą śmierć”, gdy umiera ciało i śmierć Ego, czyli zrozumienie iluzoryczności odrębnego Ja, zwane „wielką śmiercią”, lub Przebudzeniem albo Oświeceniem. I tylko Wielka Śmierć jest tym, co w chrześcijaństwie nazywa się „zbawieniem” albo „powrotem do domu Ojca”.

Co się wtedy dalej z nami dzieje? Znikamy?

Nic się nie dzieje. Jesteśmy tacy sami. Zachowujemy indywidualną świadomość, która jednak nie jest już oddzieloną świadomością Ego/Ja. Dzięki temu jesteśmy wolni od lęku i spokojni. Niektórzy nazywają to „prawdziwymi narodzinami”.

A co zrobić aby to życie ziemskie, którego jesteśmy pewni, było jak najlepsze?

Nie karmić iluzji oddzielenia. Nie koncentrować się na budowaniu własnego Ja, na poszukiwaniu mocy, władzy, bogactwa, popularności, sławy, nadzwyczajności. Wszystko to oddala nas od celu i generuje cierpienie. Im bardziej nasze ego się napompuje, tym będzie mu trudniej to wszystko zostawić. Trzeba wątpić i pytać, nie zadawalać się byle czym, nie dać sobie przyczepić żadnej etykietki na czole, nie przywiązywać się do atrybutów pozornych tożsamości, które uzyskujemy dzięki przynależności do jakiegoś narodu, rasy, klasy, religii czy płci. Nieustannie zadawać sobie pytanie: Kim naprawdę jestem?…