kryzys

Przyszły ciężkie czasy – niektórzy nazywają to kryzysem, inni recesją, a jeszcze inni spowolnieniem gospodarczym. Ludzie tracą pracę, nie mają z czego spłacać kredytów. Jak to wszystko wpływa na nasz styl życia?

Wojciech Eichelberger: Ostatnie badania pokazały, że Polacy nie boją się kryzysu aż tak, jak to mogłoby się wydawać. Nadal na to, co się dzieje, patrzymy dość optymistycznie.

Optymizm jest wskazany, ale jak na razie coraz więcej firm zapowiada zwolnienia, rośnie bezrobocie, skończyły się czasy podwyżek i zaczyna się zaciskanie pasa. Słyszy się nawet, że dyskonty z tanią żywnością znowu przeżywają złote czasy.

Oczywiście wiele osób przeżywa teraz ciężkie chwile – firmy zwalniają pracowników, słabnący złoty powoduje, że drożeją nasze kredyty. Jak spłacić kredyt na mieszkanie, kiedy jego rata wzrosła o 30 procent? Wiadomo, że to jest spory problem. Zaczynamy więc oszczędzać na jedzeniu, na potrzebach, na wygodach. Ale najistotniejszy skutek tego wszystkiego to osłabnięcie ślepej wiary Polaków w cudowną moc kapitalizmu i obietnicę radosnej, nieskończenie narastającej konsumpcji.

Uwierzyliśmy, że będzie już tylko lepiej i teraz mamy za swoje?

Coś w tym stylu. Ostatnie lata to rosnące zarobki, ogromna konsumpcja. Ludzie uwierzyli w to, że będą do końca życia coraz więcej zarabiać, zaczęli brać kredyty na nowe mieszkania, samochody, drogi sprzęt. I nie ma im się co dziwić, skoro było tak dobrze. Ale ekonomia ma swoje prawa i teraz nadszedł czas refleksji i pokory.

Kogo najbardziej dotknął ten zimny prysznic?

Z pewnością ludzi młodych, którzy zaczęli robić gwałtowną karierę w dużych miastach. Mogli przebierać w ofertach pracy, targować się o taką płacę, o której kilka lat wcześniej mogli tylko pomarzyć. Mieli do tego prawo, bo przecież nie chcieli żyć jak ich rodzice. Dookoła wszyscy przecież brali kredyty, rzucali pracę zmieniając ją na lepszą posadę, wydawali coraz więcej pieniędzy, wzajemnie prześcigali się w tym, kto znalazł się już w drugim czy trzecim progu podatkowym. Nagle wszystko się skończyło. I to właśnie jest ten prysznic. Teraz trzeba zacząć szanować swoją pracę, cieszyć się z tego, co się ma. W sumie wyjdzie to nam wszystkim na dobre, bo nie można ślepo wierzyć w mądrość rynku i rezygnować z własnej mądrości. Wielu z nas dopiero teraz zaczęło się tego uczyć. Dostaliśmy dobrą nauczkę i sądzę, że teraz będziemy bardziej rozsądnie korzystać z możliwości jakie daje wolny rynek.

Czyli są jednak dobre strony spowolnienia gospodarczego?

W sensie nabywania ważnej wiedzy, doświadczenia i przemiany zbiorowej świadomości – na pewno tak. Wielu Polaków teraz zatrzyma się na chwilę i pomyśli nad tym co stanowi pozamaterialną, nie dewaluującą się wartość życia. Nie damy się już tak łatwo namówić bankom na duże kredyty, nie sięgniemy do portfela, aby po raz kolejny kupić to, co nie jest nam naprawdę potrzebne, będziemy mniej podatni na modę i szał zakupów – i to jest dobra strona tego wszystkiego.

Są osoby, które ciężko znoszą takie sprowadzenie do parteru…

Naturalnie, że wielu ludzi nie daje sobie z tym wszystkim rady. Nie tylko w Polsce. Spójrzmy na Stany Zjednoczone, gdzie jest dużo gorzej. Amerykanów czeka rządowy plan obniżenia konsumpcji ropy w ciągu najbliższych kilku lat, a jeszcze do niedawna nikt nie przypuszczałby, że ktoś zabroni im tankować setki litrów do ich kupionych na kredyt, ogromnych samochodów.

U nas aż tak źle jeszcze nie jest…

To prawda, dlatego tu widzę kolejny powód to optymizmu. Ludzie łatwo przyjmują nowe wzorce, zwłaszcza, kiedy łączy się to z przyjemnością. Kiedy gospodarka światowa pędziła jak lokomotywa, to przecież każdemu – czy to w Stanach czy w Polsce – żyło się lepiej, ale w tym sensie, że mógł wydać więcej na swoje potrzeby. A do takiego stylu życia łatwo się przyzwyczaić, gorzej, kiedy musimy z niego zrezygnować.

Co nas w takim razie czeka?

Jako zbiorowość, mamy tak bogate doświadczenie z najróżniejszymi kryzysami, klęskami, najazdami i stratami, że i ten kryzys tylko nas wzmocni i wyjdziemy z niego obronną ręką.